Rosyjski smak

Astana   2003-08-29         2  

Za oknem zapada zmrok. W bawialni podano już herbatę - na stole nakrytym białym, koronkowym obrusem szumi samowar. Spod czajniczka z naparem prześwitują rozżarzone węgielki, a na spodeczkach czekają już domowe konfitury...

Taką scenę wyjętą niemalże z dramatów Czechowa trudno już spotkać w dzisiejszej Rosji. W dużych miastach od Moskwy po Irkuck króluje dziś pośpiech a wraz z nim wszechobecne fast-foody, choć trzeba przyznać że z przewagą tureckich kebabów i arabskiej szaurmy nad hamburgerami. I tylko czasami, latem, można jeszcze spotkać na ulicy sprzedawców kwasu, który cudownie gasi pragnienie w upalny dzień. Sprzedawany w półlitrowych butelkach po wódce, rozlewany do szklanek nie pierwszej czystości, często bywa balsamem dla udręczonej słowiańskiej duszy.

Są jednak takie miejsca w Rosji, gdzie kuchnia jest nadal sercem domu, a nie tylko kością niezgody w zbiorowej "komunałce". Na dalekiej Syberii i w rejonie dzisiejszego Kazachstanu, w maleńkich wsiach i osadach, wciąż jeszcze gotuje się i żyje prawie jak sto lat temu. Zima trwa tam dziewięć miesięcy w roku i bywa kapryśna, czasem mrozy sięgają -50 C a burany zasypują domy śniegiem aż do połowy okna, a czasem zima długo o sobie nie przypomina, a słupek rtęci wędruje powyżej zera. Dostawy prądu są bardzo nieregularne - włącza się go na trzy, cztery godziny, najczęściej w środku nocy a kiedy zamieć uszkodzi linie można zapomnieć o elektryczności na kilka tygodni. O gazociągu nie ma co marzyć - zbyt duże odległości i koszty dostawy - wozi się gaz w butlach z najbliższego miasteczka. Tyle, że to najbliższe miasteczko jest czasem 400 km dalej a jedyną drogę przez step zasypało śniegiem. Dlatego w każdym domu jest stary węglowy piec, taki prawdziwy z szabaśnikiem i zapieckiem na którym wygrzewa się kot.

Nikt tu nie ma lodówki, nie ma też świeżych dostaw do sklepu, więc podstawowy sposób konserwacji żywności to wędzenie. Wędzi się mięso, słoninę, ryby ( te ostatnie pokrojone na małe kawałki po prostu się suszy). Podstawowe zimowe menu to chleb z wędzoną słoniną i krążkiem cebuli. Okropne?
Bzdura! Solona i wędzona w prawdziwym dymie słonina jest o niebo lepsza od naszych faszerowanych chemią szynek, a do tego chlebuś prosto z pieca taki z chrupiącą, grubą skórką... Cebula z kolei to prawdziwy skarb syberyjskich kuchni. Przez wiele miesięcy jest jedynym źródłem witaminy C poza tym jest tania i łatwo się przechowuje. No i jeszcze prawdziwy rarytas w środku zimy - kiszone pomidory! Latem każda zapobiegliwa gospodyni robi zapasy tego specjału a zimą pękate pięciolitrowe słoje kiszonych pomidorów stają się pożądanym środkiem płatniczym. Płaci się nimi pielęgniarce za podanie serii zastrzyków, albo odwdzięcza sąsiadowi za pomoc przy rozładunku opału.

Wieczorami w tych wsiach odciętych od świata kwitnie życie towarzyskie. Tu ludzie ciągle jeszcze odwiedzają się bez okazji i nie czekając na zaproszenie. Zasiada się wtedy wokół stołu na którym pojawia się chleb, słonina, nieodłączna butelka samogonu, suszona ryba na zagrychę, a gospodyni naprędce smaży bliny.

To prawda, że Rosjanie piją dużo wódki, ale daleko im jednak do pokutującego wśród innych nacji stereotypu pijaczyny, który zaczyna dzień od pół litra aby zabić wczorajszego kaca. Pije się wódkę, bo to najtańszy alkohol i można go łatwo wyprodukować domowym sposobem. Owoce nawet latem są bardzo drogie, nie mogą tu więc powstawać wina, a miejscowe piwo jest mętne i co tu dużo ukrywać paskudne w smaku.
Importowane piwo i wino czasem bywa ale w cenie dwumiesięcznych dochodów, więc nie znajduje amatorów. Wódka jest z resztą znacznie słabsza od naszej, na oko jakieś 25%. Polska "Luksusowa" kładzie na łopatki nawet najbardziej zaprawionego w bojach "smakosza" i to już po kilku kieliszkach. Pije się zawsze w kompani, przy zastawionym stole i chóralnych śpiewach pod gitarę. Zwyczaj śpiewania przy stole popularnych pieśni, często ludowych zachował się zresztą w całej Rosji i co ważne kontynuowany jest także przez młode pokolenie. Bez pieśni nie ma imprezy.

Do dzisiaj zachował się też stary rosyjski zwyczaj wznoszenia toastów. Każdy toast to cała anegdota, czasem opowieść z morałem. A oto jeden z takich toastów:

"Na skraju wioski w ubogiej chatce mieszkał Sasza z matką staruszką. Dla matki Sasza był dumą i jedyną radością.Dla niego matka była podporą i powierniczką wszystkich trosk. Pewnego dnia Sasza poznał piękną dziewczynę o skośnych kaukazkich oczach i zakochał się w niej bez pamięci. Ona jednak nie mogła pogodzić się z myślą, że musi dzielić się tą miłością z jego matką. Chciała aby kochał tylko ją. Zażądała więc by w dowód miłości przyniósł jej serce swojej matki. Kiedy Sasza zwierzył się matce ze swojego nieszczęścia, ta powiedziała tylko: Jeśli to da ci szczęście to zabij mnie synku i zanieś jej moje serce bo nie chcę żyć widząc jak cierpisz. A teraz wypijmy za to, aby każdego z nas też ktoś aż tak kochał..."

No, cóż spróbujcie wtedy nie wypić!

Rzecz jasna stara rosyjska kuchnia przetrwała i w innych rejonach Rosji. W każdym za naszą wschodnią granicą podaje się pielmieni z kwaśną śmietaną, solankę i uchę - tradycyjne zupy rybne, barszcz zwany u nas ukraińskim tak gęsty od mięsa i warzyw że wystarcza za cały obiad, smaży się bliny i czieburiejki - a jednak trochę żal samowarów i wystawnych dziewietnastowiecznych obiadów.

Na zakończenie przytoczę za Lwem Tołstojem opis niezwykle skromnego (aby nie rozbudzać apetytów) poczęstunku dla niespodziewanych gości, którzy wpadli dosłownie na pół godzinki wracając z polowania:

"Na tacy była żubrówka, nalewki, grzybki, placuszki z czarnej mąki na serwatce, miód w plastrach, miód warzony i musujący, jabłka, orzechy surowe i palone oraz orzechy w miodzie. Potem Anisja Fiodorowna przyniosła konfitury na miodzie i cukrze, wędliny i świeżo upieczoną kurę."

No cóż, i pomyśleć, że dzisiaj w podobnej sytuacji moglibyśmy liczyć co najwyżej na słone paluszki...

Dodaj komentarz
Ocena:
Komentarze są zamieszczane zgodnie z zasadami ich publikacji.