Cztery polskie stoły wigilijne. A przy każdym jedno puste miejsce...

Grzegorz, Mniammniam.pl   2010-12-15         9   like 2

Wigilia jest świętem wyjątkowym, ciepłym i rodzinnym i nigdzie indziej na świecie nie obchodzi się jej tak uroczyście jak w Polsce. I jak Polska długa i szeroka od dawien dawna, przy każdym stole jedno puste miejsce dla...

... nas. Dzisiaj my będziemy zabłąkanymi w historii wędrowcami. Przysiądziemy się na chwilę przy każdym z czterech stołów.

Nazwa tego dnia pochodzi od łacińskiego słowa "vigilia" oznaczającego czuwanie. Nie tylko przed Bożym Narodzeniem, ale przed każdym dniem świątecznym, dawni chrześcijanie gromadzili się by wspólnie modlić się, śpiewać i spożywać uroczystą wieczerzę w oczekiwaniu na mające nadejść nazajutrz święto. Zanim jednak grudniowe święto nabrało religijnego znaczenia, to dokładnie w tym samym czasie, w ostatnich dniach grudnia, mieszkańcy terenów dzisiejszej Polski obchodzili święta związane z zimowym przesileniem słońca.

A czas świąt grudniowych był czasem magii i czarów. Był czasem wróżb i magicznych czynności mających zapewnić rodzinie i całemu gospodarstwu zdrowie, bogactwo i przychylność losu i sił natury. Wierzono, że zdarzenia które nas wówczas spotykają są przepowiednią zdarzeń przyszłych. Dlatego mawiano: "jaka Wigilia, taki cały rok" i przez cały ten dzień baczono na uczynki i słowa swoje i bliskich. Wpatrywano się w drobiazgi, uważnie obserwowano cienie na ścianie i kierunek płomienia świecy, wsłuchiwano się w odgłosy, aby w tym wszystkim znaleźć przestrogę lub zapewnienie o przyszłym szczęściu. Czas przesilenia zimowego, a więc czas najdłuższej nocy, ciemności i zimna kojarzono z odwiedzinami bliskich z zaświatów. Niezwykle ważne były te odwiedziny, gdyż duchy zmarłych mogły pomóc w kontakcie z siłami natury. Wieczerza była więc też rodzajem uczty ofiarnej, składanej przez żyjących w darze mieszkańcom tamtego świata.

Nic więc dziwnego, że i spożywane w tym czasie pokarmy, ich jakość, ale też i ilość miały znaczenie magiczne.
Tradycja nakazywała tego dnia zachowywać ścisły post, by potem, po zabłyśnięciu pierwszej gwiazdki wspólnie spotkać się przy stole i najeść do syta, zapewniając sobie tym samym pełny stół na przyszłość. Nie bez znaczenia była liczba potraw - różna w różnych regionach, oraz liczba osób zasiadających przy stole.
Na stołach pojawiały się potrawy przygotowane zawsze z płodów rolnych, jak mawiano: "z tego, co w polu, w lesie, w wodzie i w ogrodzie". Był hołd składany ziemi - żywicielce oraz nadzieja na wybłaganie u sił natury łaskawości w kolejnym roku oraz obfitości zbóż, owoców, grzybów i ryb. Śpożywane wtedy pokarmy miały zapewnić ludziom szczęście, zdrowie, siłę oraz pomagać w kontakcie z zaświatami.

Stąd też i na dzisiejszych wigilijnych stołach tyle jest potraw z kapusty - rośliny o życiodajnej mocy, symbolizującej odradzanie się po długiej zimie przyrody. Mnogość nasion w makówce kojarzyła się z płodnością i obfitością, dlatego chętnie jadano potrawy z maku. Podobną symbolikę miały potrawy z nasion zbóż i roślin strączkowych: z mąk, kasz, grochu czy fasoli. Jabłka łączono z młodością, zdrowiem i urodą. Narkotyczne i halucynogenne właściwości grzybów i maku stanowiły pomost pomiędzy światem żywych i umarłych i pomagały w kontakcie z bliskimi. Dzisiejsza wigilia to splot dawnej tradycji chrześcijańskiej i jeszcze dawniejszej pogańskiej.

Wigilia była na Podhalu magicznym dniem czarów i wróżb

Od rana zwracano uwagę, kto pierwszy zawita na próg. Mężczyzna zwiastował szczęście i pomyślność, Jeśli jednak pierwszym wigilijnym gościem była kobieta - wróżyło to same niepowodzenia. Tego dnia nie przyjmowano w domostwach obcych osób, wierzono bowiem, że obcy może sprowadzić na dom nieszczęście. Pomyślność na cały rok zapewniała udana kradzież drzewa z pańskiego lasu.
Młode dziewczyny nasłuchiwały pochrumkiwania świni - z ilości chrumknięć wróżyły sobie ilość lat, które dzielą je od zamążpójścia. Wierzyły, że ze strony, z której zaszczeka pies pojawi się ich przyszły mąż. Uważnie wsłuchiwały się więc w odgłosy zza chałupy. Aby poznać imię przyszłego ukochanego liczyły sztachety w płocie wymieniając przy tym miłe sercu męskie imiona.

Wierzono, że dusze zmarłych odwiedzają bliskich pod postacią zwierząt - stąd taka troska o nie tego dnia, dzielenie się z nimi opłatkiem i potrawami z wigilijnego stołu. Zapewniano przy tym zwierzętom zdrowie i plenność.
Dla ostatniego zmarłego członka rodziny zostawiano też miejsce przy stole.

W tradycji góralskiej przez cały dzień Wigilii obowiązywał ścisły post, a obejmował on nie tylko zakaz spożywania potraw mięsnych, ale i mleka czy masła, a nawet potraw słodkich.
Wieczerza zaczynała się wraz z pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdy. W kącie domu stał przyniesiony specjalnie na ten wieczór snopek owsa lub jęczmienia - na szczęście, aby zapewnić sobie dobre zbiory. U powały wisiała "podłaźnicka" - mała jodełka lub wiązka gałązek jodłowych udekorowana przez dziewczęta symbolami obfitości: jabłkami, orzechami, słodyczami, oraz kolorową bibułką. Stół przykrywano świeżym obrusem wkładając pod niego trochę siana.
Wieczerzę rozpoczynał gospodarz domu. Błogosławił rodzinie i gospodarstwu i inicjował wspólną modlitwę. Potem maczając opłatek w miodzie rozpoczynał składanie życzeń.

Kolację spożywano w powadze i milczeniu. Ze względu na tudne warunki życia, podhalańska wigilia nigdy nie była wystawną wieczerzą. Podawano tam zaledwie kilka niezwykle prostych, obowiązkowo postnych potraw z ziemniaków, kaszy i kapusty, czasem z dodatkiem owczego sera. Serwowano na przykład kłótę, czyli kapustę z ziemniakami, kapustę z fasolą lub grochem, moskole - ziemniaczane placki pieczone na blasze, czy bukty - ziemniaczane kopytka. Z zup podawano postną kwaśnicę, na kwasie z kapusty z grzybami, wzbogaconą na tę okazję suszonymi śliwkami. Na stole mogła pojawić się bryja - zupa z suszonych owoców czasem z dodatkiem kaszy, lub też barszcz z czerwonych buraków z grulami, czyli ziemniakami albo z fasolą. Potrawy słodzono miodem i suszonymi śliwkami. Choć dziś, tak jak w całej Polsce, pojawiają się na góralskim wigilijnym stole ryby, jednak te długo uważane były za pokarm pośledniejszego gatunku i nie trafiały na świąteczny stół.

Wieczerza kończyła się ponowną wspólną modlitwą. Jeszcze tylko trzeba było zanieść zwierzętom odłożone z każdej miski potrawy wigilijne i można było czekać do północy by udać się na pasterkę.

Na charakter podlaskiej Wigilii wpływ miały tradycje wschodnie - białoruskie i ukraińskie, mieszały się tu zwyczaje katolickie z prawosławnymi

Podlaskie izby dekorowano wysokim snopem zboża z pełnym kłosem, zwany tu zbożowym kwiatem - symbolem dobrobytu, zdrowia i urodzaju. Podwieszano u sufitu dekoracje z barwionego opłatka - "światy", ażurowe gwiazdy i misterne rozety. Słomę kładziono po obrusem na stole i pod odświętne pokrycie krzeseł.
Do wieczerzy musiała zasiąść parzysta liczba domowników. Nieparzysta liczba oznaczała rychłą śmierć jednego z biesiadników. Do stołu zasiadano według wieku, aby, jak wierzono, w takiej kolejności odchodzić z tego świata. Dla dusz zmarłych członków rodziny pozostawiano jedno symboliczne puste miejsce przy stole.

Podlasie to region, w którym najbardziej przestrzegano tradycji dwunastu dań, a każdy z uczestników wieczerzy powinien spróbować każdej z nich. Mawiano, że kto ilu potraw nie spróbuje, tyle go w nadchodzącym roku przyjemności ominie. By nie głodować, należało najeść się do syta. Próbując każdej potrawy nie należało odkładać łyżki na stół, aby nie sprowadzić na siebie choroby.

W dzień wigilijny kobiety ucierały mak na kutię, zwaną czasem kucią - najbardziej charakterystyczną potrawę tego regionu. W tym samym czasie mężczyźni przygotowywali inną potrawę - gęsty kisiel z zakiszonej mąki owsianej.
Kutia to potrawa magiczna, echo dawych obrzędów ku czci zmarłych. Łączy w sobie pszenicę i miód - symbole urodzaju i płodności z makiem, symbolem snu i kontaktu z zaświatami. Potrawa przywędrowała na tereny Podlasia z Litwy, gdzie dawniej podawana była na stypach. Po przygotowaniu kutii młode dziewczyny rzucały łyżkę tej potrawy w górę, tak, by jak najwięcej ziaren maku przylepiło się do sufitu. Im więcej maku zostawało na suficie tym większa była szansa na zamążpójście.

Inne charakterystyczne dla podlaskiej wieczerzy wigilijnej potrawy to borszcz grzybowy, pierogi z kapustą i grzybami, zwane tu warenikami, kluski z makiem i olejem lnianym, ryba smażona lub gotowana, drożdżowe racuchy, kompot z suszonych owoców.

Resztki wieczerzy zostawiano przy piecu, aby mogły nimi pożywić się dusze zmarłych odwiedzających tego wieczora dom. Obok pieca ustawiano ławę obsypaną piaskiem lub popiołem, a nazajutrz obserwując ślady starano się odgadnąć czyja dusza nawiedziła dom.

Po kolacji pojedynczymi słomkami wyciągniętymi z wigilijnego snopka gospodarz obwiązywał drzewka w sadzie, by ochronić je przed mrozem i szkodnikami i zapewnić sobie urodzaj. Obfite owocowanie drzewek miały też zapewnić rozsypane przez niego w sadzie suszone owoce z poprzednich zbiorów.

Aż do zabłyśnięcia pierwszej gwiazdy zachowywano na Kaszubach ścisły post

Wszystkie prace starano się zakończyć jeszcze przed zachodem słońca. Uprzątano dom i zagrodę. Stół nakrywano odświętnym białym obrusem, kładzono pod nim trochę siana, a w kącie izby stawiano, często przystrojony kolorowymi bibułkami, snop żyta - symbol obfitości i udanych zbiorów. Ze snopka gospodarz kręcił sznury, by po wieczerzy okręcić nimi drzewka w sadzie i tym samym zapewnić sobie obfite ich owocowanie w kolejnym roku.

I tu także zaznaczał się mocno pradawny kult zmarłych związany z okresem przesilenia zimowego. Dla niedawno zmarłego członka rodziny zostawiano wolne miejsce przy stole, a aby nie przestraszyć pszybysza, nie wylewano tego dnia wody za próg.

Szczególnymi względami cieszyły się zwierzęta. Były specjalnie na tę okazję czyszczone, otrzymywały lepszą strawę, a wieczorem resztki z wigilijnego stołu. Dzielono się z nimi opłatkiem. Wszystkie te zabiegi miały zapewnić ich dobry chów. Wierzono, że tego wieczoru zwierzęta rozmawiają ludzkim głosem, jednak ich podsłuchiwanie może sprowadzić na podsłuchującego nieszczęście a nawet śmierć.

Mawiano, że woda w jeziorach i strumieniach zamienia się na krótką chwilę w wino, a ten komu przypadkiem uda się go napić będzie miał szczęście przez cały nadchodzący rok. Kto jednak zrobi to świadomie, tego spotkają niepowodzenia.

Kaszubska wigilia była zawsze zgodnie z tradycją postna. Bo Kaszubi bardzo dbają o tradycję. I tu kolacja składała się z płodów rolnych. Jednak w tym regionie nie przestrzegano określonej liczby potraw.

Najsłynniejszą chyba potrawą wigilijną z tego regionu jest zupa o tajemniczej nazwie "brzadowa". A brzad to po prostu suszone owoce. Zupę z nich przyrządzaną podawano na słodko, zabielaną śmietaną, z dodatkiem ziemniaczanych kluseczków. Inną ciekawą zupą kaszubską była słodka zupa brukwiowa.

Bliskość morza sprawiła, że na kaszubskim wigilijnym stole dominowały potrawy z morskich ryb. Przede wszystkim serwowano śledzie, zawsze na kilka sposobów, ale także łososie, sieje, węgorze - duszone, marynowane, wędzone, pieczone. Podawano i zupę rybną i rybne pierogi. Dodatkiem do ryb były pulki, czyli ziemniaki w mundurkach lub tradycyjny kaszubski chleb na drożdżach, z mąki żytniej i ugotowanych ziemniaków.
Na deser podawano słodkie kuchy, czyli ciasta oraz owoce przechowywane od zbiorów w stogu siana.

A po kolacji dzieci z radością ale i z obawą wypatrywały Gwiozdki, zwanego też czasem Gwiżdżem. Magiczna postać w masce i w baraniej czapie na głowie, ubrana w kożuch odwrócony na lewą stronę chodziła od domu do domu oznajmiając swe przybycie dzwonkiem. Gwiozdka był srogi lecz sprawiedliwy. Karcił dzieci i napominał, ale też chwalił i obdarowywał prezentami. Towarzyszył mu orszak przebierańców - kolędników, wśród których powtarzają się postaci diabła, stracha, policjanta, dziada i baby, śmierci, Żyda i Cygana, oraz zwierząt: kozła lub barana, niedźwiedzia i bociana. Pochodowi przebierańców przygrywał na akordeonia muzyk. Wizycie orszaku Gwiżdża towarzyszyły śmiechy i piski, żarty i psoty, śpiewy i tańce. Za swój występ kolędnicy otrzymywali zapłatę, najczęściej w formie przysmaków. Odwiedziny kolędników miały przynieść domostwu szczęście, zdrowie i urodzaj.
Wieczór wieczór wigilijny kończył się wspólnym wyjściem na Pasterkę.

Zanim w śląskich domach pojawiła się choinka tradycją każdego domu było budowanie betlejki, czyli szopki - skromnej chaty z postaciami Maryi, Józefa, dzieciątka w żłóbku i pasterzy

W niektórych domach wieszano u sufitu drzewko iglaste, czubkiem w dół, zwane połaźnicą lub podłaźnicą. Połaźnicę dekorowano orzechami, jabłkami i pierniczkami, wstążkami i kolorowymi bibułkami. Podłaźniczkę mogły stanowić także barwnie udekorowane gałązki jodłowe.

Zgodnie z panującym i na Śląsku wierzeniem, że "jaka Wigilia, taki i cały rok" szczególną wagę przywiązywano do najróżniejszych przesądów. Dlatego w dzień Wigilii należało wstać wcześnie i nie wylegiwać się. Złą wróżbą było zaśnięcie w ciągu dnia. Aby szczęście nie opuściło domu nie należało tego dnia nic pożyczać. Wróżono sobie z wyciągniętego spod obrusa źdźbła słomy. Zielone wróżyło radość i pomyślność, pożółkłe lub sczerniałe - smutek i kłopoty. Na terenach wiejskich dzielono się opłatkiem ze zwierzętami, aby i im zapewnić zdrowie i pomyślność.

Palono tego dnia zbierane już od dnia Świętej Łucji patyczki. Kształt rozsypanego popiołu ukazywał przyszłość: trumna - szybką śmierć, kwiat - rychłe zamążpójście. Zapiekano w słodkich kołaczach drobne przedmioty. Komu trafił się kawałek z monetą, wierzył, że będzie bogaty, kto trafił na obrączkę mógł liczyć na małżeństwo, źdźbło słomy zapewniało obfite żniwa, a krzyżyk - kłopoty.
Smarowano klamki u drzwi miodem, aby zapewnić sobie wizyty ludzi przychylnych domowi. Temu przesądowi ulegały zwłaszcza młode dziewczyny wierząc, że w ten sposób przywabią dobrego kandydata na męża.
Aby poznać kierunek, z którego narzeczony przybędzie wylewały odrobinę wody na cztery rogi stołu. Róg, który najszybciej wysechł wskazywał ów kierunek. Aby poznać imię przyszłego oblubieńca, jeszcze przed Wigilią wypisywały na karteczkach imiona chłopców miłych ich sercu. Potem karteczki chowały pod poduszkę, a wyciągając je po jednej - paliły. Ostatnia karteczka wskazywała imię ukochanego.
Wigilia, jak żaden inny dzień była i jest na Śląsku do dziś okazją do szlachetnych zobowiązań i postanowień.

Wigilijny stół śląski był zawsze bardzo bogato zastawiony, aby każdy mógł najeść się do syta.
Na stole przykrytym białym obrusem i udekorowanym gałązkami jedliny kładzono specjalnie na tę okazję upieczony okrągły bochenek chleba i od jego podziału między domowników zaczynano wieczerzę. Odkrojoną piętkę, tzw. "godni krajiczek", przechowywano przez cały rok, aby zapewnić szczęście i zdrowie rodzinie. Wierzono, że jest ona lekiem na wszelkie dolegliwości. Siłę i moc rodzinie miał zapewnić metalowy przedmiot, na przykład młot górniczy, umieszczony pod stołem. Miłość i jedność miało umacniało jedzenie wszystkich potraw ze wspólnej misy. Na bliskich, którzy już odeszli czekało wolne nakrycie.

Po wspólnej modlitwie, podzieleniu się bochenkiem chleba i złożeniu sobie życzeń rozpoczynała się uroczysta kolacja.
Wieczerzę spożywano niezwykle uroczyście, w milczeniu i skupieniu. Od wigilijnego stołu nie należało wstawać, aby zapewnić sobie szczęście przez cały najbliższy rok. By niczego nie zabrakło, trzeba było koniecznie spróbować każdej potrawy.

Na stole pojawiały się głównie: kapusta z grzybami lub grochem, kapuśnica grzybowa, zupa migdałowa, kasza jaglana na słodko z cynamonem oraz pierniki, pierniczki i ciasteczka orzechowe.

Najciekawszą śląską zupą wigilijną, dziś może już trochę zapomnianą, była siemieniotka, nazywana czasem konopiotką. Obie nazwy pochodzą od głównego składnika zupy - nasion, czyli siemion, konopi. By przygotować zupę nasiona długo płukano, rozcierano i gotowano, aż do uzyskania gęstego białego mleka. Przyprawiano ją mlekiem, masłem i mąką, a podawano z ugotowaną na sypko kaszą tatarczaną. Spożywanie tej zupy miało moc magiczną, a każda gospodyni miała swój własny, przekazywany od pokoleń przepis.

Do dziś natomiast chętnie przygotowuje się i jada charakterystyczne dla Śląska potrawy: makówki i moczkę.
Makówki to kawałki bułki drożdżowej namoczonej w osłodzonej wodzie lub mleku przekładane makiem utartym z miodem z dodatkiem mnóstwa bakalii.
Moczka natomiast to rodzaj gęstej potrawy z rozgotowanego piernika, podawanego czasem jako zupę, czasem jako sos, a czasem jako deser. Dziś przyrządza się moczkę zwykle na słodko, z suszonymi owocami i bakaliami, ale dawniej spróbować było można wiele jej innych odmian, np. z suszonymi grzybami, z czosnkiem czy z pasternakiem. Zawsze jednak przygotowywało się moczkę w dużych ilościach i długo gotowało w wielkich garach na wolnym ogniu.

Dziś już nie ma aż tak dużych różnic regionalnych. W każdym domu stoi choinka, a prezenty zazwyczaj roznosi Święty Mikołaj. Na większości polskich stołów wigilijnych pojawiają się te same potrawy: świąteczna kapusta z grzybami, barszczyk z uszkami, karp. Może jednak warto dla odmiany przygotować na tegoroczną Wigilię potrawę mniej znaną, zapomnianą lub z nieznanego nam obszaru i przypomnieć sobie jej magiczną moc i symboliczne znaczenie?

Regionalne przepisy na dania wigilijne:
Moskole
Kołatanka
Śledzie w jabłkach po kaszubsku
Zupa brzadowa
Podlaskie racuchy wigilijne
Barszcz grzybowy z Podlasia według mojej Teściowej
Śląskie makówki
Śląska moczka

Dodaj komentarz
Ocena:
Komentarze są zamieszczane zgodnie z zasadami ich publikacji.