Drugie śniadanie i dwa pudełka

Grzegorz, Mniammniam.pl Grzegorz, Mniammniam.pl | 2008-09-03 |    ranking ranking ranking ranking ranking    opinia 11   like 12

"Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia" - to zdanie było już tyle razy powtarzane w milionach miejsc, że chyba już każdy to wie. A nie mniej ważne jest także drugie śniadanie. Zarówno w szkole jak i w pracy. I tym właśnie drugim śniadaniem dzisiaj się zajmiemy. Bo wcale nie musi być nudne i co może bardziej istotne, jego przygotowanie (i wcześniej wymyślenie) może być szybkie i całkiem przyjemne (bo czyż jest coś przyjemniejszego od nakarmienia dziecka, nawet jeśli to dziecko jest całkiem duże....).

Przez kilka dobrych lat każdego dnia rano od 1 września do 30 czerwca stawałem do wycieńczającego boju. Wróg był bowiem podstępny i dobrze przygotowany. Atakował kolorami, różnorodnością i mnóstwem "E". Mowa oczywiście o szkolnym sklepiku. Gumy, chipsy, gazowane napoje, cukierki, batoniki czekoladowe pyszniły się w nim na pierwszym miejscu. Głęboki schowane w kąt drożdżówki i kilka kartoników soku nie znajdowały wielu klientów. O czymś takim jak owoce, mleko czy kefir, nie mówiąc już o zdrowych orzechach czy pestkach nikt w owym sklepiku nie słyszał. Na nic zdały się moje prośby o zmianę asortymentu, był to bowiem głos na puszczy.
Musiałem więc wroga podejść podstępem. Wiedziałem bowiem, że siedmiolatka nie przekonam słowną perswazją do nie kupowania świństw, zwłaszcza, że prawie wszystkie dzieciaki były uzależnione od szkolnego sklepiku. A moją tajną bronią były kolory i aromaty. Oraz dwa pudełka śniadaniowe i oryginalna butelka na wodę (w moim przypadku była to metalowa butelka, stylizowana na "militarną", bo mój syn lubi właśnie takie klimaty). Wodę mineralną, bo sok lub herbata rozlane pomiędzy zeszytami i podręcznikami, wyrządziłyby wielkie szkody. Wodę, bo "tylko ją piją komandosi" (w przypadku dziewczynki mogłoby by to być "bo jest najzdrowsza").
A dwa pudełeczka były dwa, bowiem większe przeznaczone było na prowiant właściwy, zaś to mniejsze miało służyć w "doraźnym" uzupełnianiu energii.

Najczęściej w większym pudełeczeku znajdowały się oczywiście kanapki, czasem także paszteciki, bułeczki z nadzieniem czy minipizze. Kanapki tryskały świeżością i kolorami, ale pamiętałem by nie były za bardzo aromatyczne (dzieci czasem są bowiem bardzo złośliwe wobec siebie i każdy powód może stać się zarzewiem nieprzyjemnej sytuacji - chociażby właśnie intensywnie pachnąca kanapka).

Moje kanapki rzadko miały tradycyjny kształt, najczęściej były trójkątne lub okrągłe (do wykrawania takich kanapek świetnie nadają się foremki do ciasteczek). O tym, że pieczywo pełnoziarniste jest najzdrowsze, wiedzą wszyscy, poza nastolatkami... Moje dziecko dostawało więc naprzemiennie kanapki z chleba żytniego, pszennego, jak również bułek. Z czasem coraz rzadziej biały chleb się pojawiał, nie znikł całkowicie, ale nie gości zbyt często. Zawsze pomiędzy kromkami było dużo warzyw (sałaty, ogórków, plastrów pomidorów pozbawionych soku i pestek, rzodkiewka, rzodkiew chińska, w zimie niezbyt ostre marynaty), odrobina prawdziwego masła lub majonezu. Kawałek wędliny lub pasztetu (najlepiej domowego wyrobu) bądź sera (niestety sera żółtego w domu się tak łatwo nie da zrobić) uzupełniał zawartość. Jak się okazało, świetnie sprawdzające się na kapkach pasty, nie sprawdzały się w kanapkach - podczas jedzenia lubiły wyskakiwać na zewnątrz. Nie udało mi się całkowicie uciec od "przemysłowych" smaków - kanapki "pokręcałem" odrobiną keczupu, musztardy lub w późniejszym czasie gotowymi sosami lub piklami (zawsze pamiętam, by kawałki warzyw ze słoika dokładnie odsączyć na papierowym ręczniku przed włożeniem ich do kanapki). Hitem okazały się kiełki soi i słonecznika - smak mają bowiem wyraźny, chrupią i są soczyste. Nic jednak popularnością nie przebiło kanapkowych hamburgerów, czyli zimnych kotletów mielonych z sałatką, kiszonym ogórkiem i majonezem. Sam je też bardzo lubię, ale przecież nie można codziennie jeść tego samego... Kanapki pakowałem w folię aluminiową - jest dużo łatwiejsza do zawijania i odwijania niż folia plastykowa i wkładałem do większego pudełeczka. Czasem do tego pudełeczka wkładałem też plastykowy widelec. Służył on do wyjadania smakowitości z mniejszego pudełeczka.
Bo mniejsze pudełeczko było pełne małych kawałków owoców (jabłek, gruszek, moreli, brzoskwiń, winogron, nektarynek, bananów), orzechów, rodzynek, suszonych fig. Raz na jakiś czas w tym pudełeczku znalazł się kawałek domowego ciasta lub kilka ciasteczek.

Zawsze też pamiętałem, by w plecaku, w kieszeni z pudełkami (dla pełnego bezpieczeństwa zapakowanych dodatkowo w torebkę foliową) znalazły się serwetki do wycierania rąk.
Szczerze się przyznam, moje dziecko przez jakiś czas, mimo moich starań, było mistrzem w ukrywaniu niezjedzonych kanapek (jeśli masz dziecko w wieku szkolnym, z pewnością wiesz o co chodzi - kilkudniowe kanapki można znaleźć we wszystkich zakamarkach mieszkania). Całe kieszonkowe pochłaniał sklepik. Przełom nastąpił, gdy rano, przed wyprawieniem syna do szkoły, dokładnie i szczegółowo pokazywałem mu, co otrzymuje na śniadanie. Od tej pory wizyty w sklepiku stały się sporadyczne.
Tak, jak pisałem na początku, to działa także na duże dzieci. Moja żona także codziennie bierze ze sobą dwa pudełeczka do pracy...

Pomysły na naturalną zawartość kanapek:
Delikatna domowa wędlina z piersi kurczaka powoli gotowana
Wolno pieczona karkówka do podawania na zimno
Ziołowe kotleciki z mielonego mięsa do podawania na zimno
Pyszny klops z pieczarkami

Komentarze są zamieszczane zgodnie z zasadami ich publikacji.